Komputerowe szkice

Niezal.pl

Choć premiera „Axolotl”, albumu autorstwa Lotto wydanego nakładem Gusstaff Records, miała miejsce miesiąc temu, to dopiero dzisiaj miałem okazję przesłuchać całość i znalazłem wystarczająco czasu, żeby podzielić się wrażeniami.

Lotto to zespół, w skład którego wchodzą Mike Majkowski, Łukasz Rychlicki i Paweł Szpura. Trio zostało uformowane w 2012 roku w Gdańsku i wystąpiło do tej pory na wielu koncertach i festiwalach, zarówno w Polsce, jak i za granicą. Ich muzyka łączy brzmienia alternatywnego rocka, jazzu i eksperymentów w stylu noise, ambient, czy drone. Tym razem wyłamując się w stronę elektroniki.

„Axolotl” to trzynaście bardzo mrocznych kompozycji elektronicznych, chwilami wręcz z witch house’owym zacięciem, na których muzycy słyszalnie eksperymentują z dotychczasowym procesem tworzenia. Nie jest to pozycja przypominająca poprzednie, bo najwyraźniej zrezygnowali ze swoich instrumentów na rzecz komputera. Chociaż można usłyszeć tu też gitarę, flet, przetworzoną perkusję, ludzkie głosy (Antonina Nowacka, Lazy Dolphin, Majk Majkowski). Nawet znalazło się miejsce dla Shakuhachi (Emil Pietrzyk), czyli bambusowego fleta używanego na przykład przez japońskich mnichów Komusō, grających w charakterystycznych koszach na głowie (zainteresowanym polecam sprawdzić „Taki Ochi” Vlastislava Matouseka doskonale ilustrującego brzmienie instrumentu).

Większość utworów nie przekracza trzech minut. Moim zdaniem to dobrze, bo choć album jest poniekąd ciekawy, to bardzo ciężka, gęsta, czasem agresywna atmosfera mogłaby na dłuższą metę przytłaczać i zbyt obciążać. Tak krótkie formy pozwoliły mi przebrnąć od początku do końca, bez poczucia zmęczenia i chęci wyłączenia. Nie jestem fanem nadmiernie przesterowanej drone’owej muzyki, jednak „Axolotl” przykuło moją uwagę.

Mimo to przyznam, że w większości utwory brzmiały bardziej jak szkice, niż gotowe kompozycje. Na przykład trwający minutę i czterdzieści sześć sekund „Middle names” kojarzy mi się z jakimś projektem wygrzebanym z czeluści dysku twardego, który został porzucony po kilkunastu minutach pracy. Niektóre fragmenty sprawiały wrażenie, jakby twórcy mieli pomysł, ale nie potrafili odnaleźć finalnego kierunku, w jakim chcą ten pomysł rozwinąć. Albo w pewnym momencie skończyła im się wena i siły, by doszlifować cały album, więc postanowili wypuścić taki zlepek, żeby w ogóle coś wypuścić. Bardzo prosta i surowa perkusja, prawdopodobnie zaprogramowana naprędce w DAWie na defaultowym instrumencie imitującym maszyny Rolanda, brzmi jak tymczasowa podkładka lub nawet próby początkującego bitmakera, który obejrzał kilka tutoriali w sieci, ściągnął jakieś popularne paczki przemielone już na wszystkie sposoby (np. dźwięki syren) i uczy się, jak układać klocki na piano rollu. W utworze „Dogs in the distance”, tak daleko surowa oraz infantylna cyfrowa perkusja wręcz drażniła i całość ratowały gdzieś wokale Lazy Dolphin z ciekawymi odgłosami w tle. A przecież mówimy tu o bardzo doświadczonych muzykach.

Album „Axolotl” z jednej strony mnie zainteresował, a z drugiej sprawiał wrażenie niewykończonego, prymitywnego, czy wręcz banalnego, nagranego od niechcenia i bardzo kontrastującego z bogatym doświadczeniem Lotto. Nie mogłem pozbyć się uczucia, jakby muzycy postanowili wypuścić utwory, które naszkicowali kilkanaście lat temu, a teraz nie kończąc ich, zebrali w formie płyty. Albo, że jest to album, który został nagrany w jeden dzień i nikomu nie chciało się dłużej nad nim siedzieć, bo zabrakło pomysłu i energii. To wszystko sprawia, że „Axolotl” w ogóle nie zachęca do ponownego odtworzenia i jest raczej ciekawostką dla fanów zespołu lub osobliwością, na którą przypadkiem można się natknąć w sieci wypełnionej wszystkim i niczym.

Będąc szczerym, byłem zaskoczony tym, że słucham utworów stworzonych przez artystów, którzy na scenie grają już grubo ponad dekadę. Dlatego po napisaniu powyższych słów zrobiłem krótkie rozeznanie i na stronie sklepu Gustaff Records znalazłem taki fragment, który postanowiłem przytoczyć: „Istotnym tym razem było, aby uchwycić brzmienie oderwane od własnych przyzwyczajeń i nie do końca kojarzone z Lotto, co wymagało od muzyków dużej wyobraźni. Sama sesja przypadła na dość trudny moment dla zespołu, który był świeżo po wyczerpującej, pechowej trasie. To zmęczenie i rodzaj pewnej rezygnacji, czy apokaliptyczny klimat słychać w nagranej muzyce”. W tym momencie wszystko nabiera jakiegoś kontekstu, mimo to, myślę, że można byłoby wybrać kilka najlepszych utworów i dopracować je w formie EPki, lepiej je szlifując, aranżując i miksując, bo są tu kawałki z ogromnym potencjałem. Można byłoby więc stworzyć tym samym fantastyczne wydawnictwo. Mój osobisty faworyt to „Every Dance”.

Natomiast jako słuchacz, wolę poświęcić swój wolny czas na bardziej przemyślane i doszlifowane albumy, których przecież jest mnóstwo. Na przykład „Summer”, również autorstwa Lotto, który wyszedł tego samego dnia i do którego „Axolotl” sprawdziłby się w roli ciekawego bonusu. Jednak ponieważ jest to blog głównie o muzyce elektronicznej, to właśnie dla „Axolotl” znalazło się miejsce, a „Summer” postanowiłem pominąć, choć to właśnie on zasługuje na większą uwagę.

Oczywiście, jak zawsze, pragnę zaznaczyć, że to tylko moja subiektywna opinia i wrażenia z odsłuchu, w wielu kwestiach mogę się zupełnie mylić, a ten blog to mój osobisty dzienniczek muzyczny, którym publicznie się dzielę.